go back homeMy prose

Hi! Here I'll be collecting some pieces of writing that I created over the years. Most of it (if not all) will be in Polish. Will I ever translate it? Who knows... A big part of those works was written durning my downs, so they might be a bit depressing. Writing for me is a way of expressing those hard emotions and a crucial way of letting them go.

inwokacja
This is a loooong dairy-entry-like poem or some kind of poetic prose, whatever you wish to call it. The thing is - in this format it is the easiest for me to express my thoughts and emotions so I've been using it quite a lot. I wish to some day master this type of writing as I see a lot of potential in it. I love how much creative freedom it gives to the author! (I probably should clasify it as poetry not prose but shh...)
Anyways, if you wish to read the whole thing then grab a cup of tea and brace yourself.

Duchu, tchnienie wiatru,
lekka bryzo, przyjazny powiewie,
przychodzisz tak cicho, nieprzewidywalnie,
chociaż nieustannie tęsknią do Ciebie niezliczone dusze.
Przychodzisz w pokoju, z ciepłem,
jakby z zapaloną świecą w dłoni,
i nie wiedzieć kiedy oświecasz zagmatwaną wcześniej drogę.
Przybywasz pod postacią odkrywczej Myśli,
małego, niewinnego Słowa,
Obrazu, jednego z tych milionów codziennie widywanych.
Nie narzucasz się.
Potrafisz odejść tak łatwo, jak przyszedłeś.
Pozostawiasz wybór;
przejść obok Ciebie obojętnie,
czy dać się porwać Twoim darom.
Dodajesz pewności siebie,
bo przecież z Tobą wszystko jest możliwe,
prawda?
Ale do tego potrzeba wiary i obecności
przy Tobie, na tym świecie, w sobie.
Wyrwania się ze zgiełku, tłumu.
Parcia do przodu, pod prąd,
pomimo tylu łatwiejszych rozwiązań
czekających aż wpadniemy w ich sidła.
Potrzebna jest odwaga,
żeby stawić czoła samemu sobie,
swoim słabościom, które usilnie tuszujemy.


W lekkim powiewie przychodzisz, Pocieszycielu.
Ruszasz firanką, która wzdyma się i opada.
Otaczasz światłem, jesteś miganiem płomyka ognia.
Kruchym, cennym, jasnym Przewodnikiem.
Dodajesz otuchy, skromnego ciepła.
Za łatwo można je stracić…
Zdmuchnąć nagłym, nieprzemyślanym ruchem,
choć niektórzy wolą ten blask zdeptać,
jak niedopałek.
Ja przed sobą się zarzekam,
że będę dbać o Twój ogień.
A gdy mija tylko chwilka
już zapominam podsycać płomień.
On się tli. Stara się bardziej niż ja.
Czasem nagle rozbłyśnie
i zauroczy mnie ponownie,
przykuje moją rozproszoną uwagę.
Momenty te są jak olśnienie —
pełne ciepłego spokoju, piękna i szczęścia.
To te nieliczne momenty,
kiedy uśmiech gości na mej twarzy
zwykle zamyślonej i nieobecnej.

A kochać znaczy być obecnym.

Skoro nie kocham, jestem nieszczęśliwa.
Biję się zawsze w myśli za to wyznanie.
Bo czy mam prawo nazwać się nieszczęśliwą?
Patrząc po ludzku — mam wszystko.
Jedyne większe nieszczęście,
które mi się przydarzyło
to ja sama.

*

Zauważyłam,
że zatracam umiejętność mowy.
Nie zupełnie, nie w każdej sytuacji,
jednak zdaje się, że mówię gorzej.
Gorzej, czyli niewyraźnie, ciszej, niepoprawnie, mniej.
Kończę w pośpiechu, przerywam w połowie słowa,
wyrzucam je szybko z siebie,
pod nosem, tak żeby nikt nie zauważył.
A jednak nie mówię do siebie (zazwyczaj).
Nie uważam moich wypowiedzi za ważne
na tyle by ich wysłuchano uważnie,
więc też uważnie ich nie wypowiadam.
Rezygnuję w trakcie, czasem i tak niesłuchana,
pozwalam wyrazom łączyć się, zmieniać, gasnąć.

Dlatego jestem tu i piszę.
Piszę wyraźnie,
chociaż lubię przyciemnić sens przenośnią.
Piszę szczerze,
chociaż szarpie mnie coś (wstyd) w środku,
gdy czytam ponownie te wersy.
Piszę o sobie,
bo o sobie chciałabym mówić.
O tym, jak widzę świat.
Mimo, że coraz mniej się mu przyglądam.
Wiem jednak, że to co widzę jest wyjątkowe
i mówiąc chciałabym oddać tę niesamowitość,
podzielić się nią z innymi.

*

Oni są z nami od zawsze.
Ze mną byli od początku.
Są w zakurzonych ramkach zdjęć,
patrzą z wysokości regałów i półek,
a ja czyściłam je co tydzień.
Ich bliskość i odwieczna obecność sprawiały,
że widziałam w nich moich krewnych,
których nigdy nie spotkałam
poza czarno-białą fotografią.
Przecież musieli być nam bliscy,
skoro mama miała ich zdjęcia w swoim gabinecie.
Szczególnie na swoim biurku,
jedno zdjęcie młodej kobiety
z eleganckim zegarkiem na nadgarstku.
Teraz już wiem, że ma na imię Edyta,
ale też i Teresa.
Po wielu latach zostałam poproszona
o jej narysowanie.
Dokładnie z tej samej fotografii.
I wtedy wszystko stało się jasne.
Że miałam świętą za krewną.

*


Jak wielkim darem są pory roku!
Ukazują całą głębię Stworzenia,
jego różnorodność, która ratuje od więżącej codzienności.
Wielką radością stało się dla mnie obserwowanie
tęczy po obfitej burzy,
skrzącego się szronu,
łapanie pierwszych płatków śniegu,
wyszukiwanie pierwszych zielonych pąków,
zbieranie świeżych kasztanów
i szuranie butami wśród liści.
To, że one wszystkie tak szybko mijają
przypomina jak szybko mija życie.
Jak się zmienia i topnieje na naszych oczach.
Taka też jest rola liści.
Co roku rodzą się
w pierwszych cieplejszych promieniach
i przepięknie umierają
zerwane z drzew przymrozkiem.
Ich życie jest krótkie, ale barwne.
Kończy się między październikiem a listopadem.
Wtedy towarzyszą nam na cmentarzach,
głaszczą tafle pomników, przytulają się do nich.
Zmarłe do zmarłego.
Czy to przypadek, że wspominamy tych, co odeszli, na jesieni?
To umierające liście przypominają nam o nich co roku.


*

Zastanawiam się,
czy kiedyś w przyszłości pogodzę się z sobą.
Czy ten konflikt doczeka się rozejmu?
Jeśli tak,
to jakie będą warunki tego pokoju?
Czy uda mi się skupić na czymś innym
niż moje wewnętrzne demony?
Z resztą —
demony to zbyt poważne słowo.
Powinnam je tu trochę ośmieszyć i zbagatelizować,
żeby przypadkiem nie wydały się czytelnikowi
zbyt wydumane i tragizowane.
Mam w tym już wprawę.
Prawie codziennie piszę wprawki
z ośmieszania moich wad i kompleksów.
Piszę je w co drugiej rozmowie,
półuśmiechach, półsłówkach.
A one krzyczą jeszcze głośniej
niż Wielkie Wyrazy i poważny ton.
Krzyczą: „Zobacz nas, zobacz!
Jakie jesteśmy malutkie i słabe!
Jak potrzebujemy twojego współczucia i uwagi!”
W ten sposób liczę na więcej ciepła
ze strony ludzi.
Ciepła, które powinnam mieć w sobie.
Ale ja je sama tłamszę,
wietrzę swoję serce tak,
że od jakiegoś czasu hula tam wiatr
i echo rozpaczliwych pragnień
odbija się od pustych ścian.
Czy problem leży w tym,
że nie kocham siebie?
Czy to prawda?
Czy pisanie o sobie,
tak wiele, tak rozlegle,
nie jest wyrazem miłości?
Przecież nie piszę teraz z miejsca nienawiści.
Piszę z serca.
A tam jest po prostu pusto teraz.
Ani nienawiści, ani miłości.
Ale jest miłość do pisania,
a to ja piszę.
Jest miłość do Boga,
a to ja w Niego wierzę.
Jest miłość do tłumu ludzi,
a to ja stoję pośród nich.
W końcu jest miłość do sztuki,
która łączy mnie z tym drugim światem.
Nie może więc być tak źle,
skoro kocham tak mocno
i kocham to, że kocham.
Jeśli kocham to, co czynię,
to kocham siebie.

Widocznie jedyną odpowiedzią
na nienawiść i bunt
jest miłość.
Im lepiej będę kochać,
tym lepiej będę żyć.


*


Boże!
Jak wielką głębią jest muzyka!
Głębia przyzywa głębię,
to może jednak coś tam we mnie jeszcze jest.
Bo inaczej skąd te fale wzruszeń,
odpływy tchu, przypływy ciepła?
Tym bardziej się zanurzam,
jeśli jest ona o Tobie.
Albo przynajmniej o próbach odnalezienia Ciebie.
Gdy odzwierciedla ludzką nieporadność
w uchwyceniu Twojej istoty.
Wtedy muzyka pozwala wkraczać
z mielizny naszego poznania
na głębiny doświadczenia Ciebie, Panie.

I choć teraz czuję się tak pusto
to wiem, że mam duszę i serce
i wrażliwość na Piękno, czyli Ciebie.
To dzięki tym dźwiękom z otchłani obcej ludzkiej duszy,
głębiny głębin, uczuć najskrytszych,
które spróbowały wyrazić Niewyrażalnego.
I tym dotknęły te same uczucia,
skryte na moim dnie.
Ale wydaje mi się, że mój ocean
jest dosyć płytki.
Tak łatwo wywołać tu tsunami i powodzie,
które zalewają nadmorskie miasta.
Tak szybko poziom wody przekracza normy
i wypływa na powierzchnię świata
zalewając twarz.


*


Wróciłam na weekend do domu.
Zdążyłam już zapomnieć
jak komfortowo tam się czuję.
Dom niesie ze sobą poczucie stałości.
Jest jak niewzruszona bezludna wyspa
pośród bezkresu roztańczonego sztormem oceanu.
Wszystko jest tam jakieś pewniejsze,
mocniejsze,
jakby było trochę bardziej prawdziwe,
niż gdziekolwiek indziej.
Zastanawiam się,
czy kiedyś jakieś inne miejsce
osiągnie w mojej głowie
ten sam stopień stabilności i bezpieczeństwa.
Czy życie zmusi mnie do tego,
by uznać nowe miejsce za dom?
Czy uda mi się wyzbyć
tego poczucia przejściowości,
które nie pozwala za bardzo się
przywiązać, zadomowić?


*


Poznałam Baczyńskiego,
powoli się zaprzyjaźniamy.
Potrafił pisać tak przejmująco
nawet przed wojną,
w wieku nastoletnim.
Kochał Słowackiego, jak ja.
I może stąd się wzięła
„gołębia młodość”,
towarzyszka „jaskółczego niepokoju”.
Te ptasie stany nachodzą mnie
szczególnie w towarzystwie tekstów wieszczów,
pod bacznym wzrokiem Mickiewicza.
Kilka razy w tygodniu
w moją nieśmiałą, gołębią duszę
zakrada się jakaś jaskółcza trwoga
i siedzę z twarzą nieobecną
i ze łzami w oczach.
Trudno mi powiedzieć,
co się wtedy dzieje.
Nagle czuję swoją małość,
jak mrugnięcie, proch, iskierka,
jakąś nędzę taką,
która trawi moje wnętrze.


*



Chciałabym móc w czymś być na tyle dobra,
żeby poruszyć drugiego człowieka.
Ale do tego,
potrzeba Wielkiego Wysiłku
i Wielkiego Przypadku.
Ja już otrzymałam
tyle pięknych zbiegów okoliczności,
których nie potrafiłam wykorzystać.
Czemu by tworzyć trzeba siebie rozpruwać?
Wyciągać jak nitki, szarpać i rwać,
pociągać nosem, trzeć szczypiące oczy.
A potem w ten sam sposób,
ostrożnie, żeby nie poranić się w palce,
pozszywać podarte części ciekawym ściegiem.
Stworzyć unikalną bliznę
i opisywać jej historię za każdym razem,
gdy ktoś o nią pyta.
Wielkie Historie zaczyna Wielki Ból.
A ja się go boję, ja nie chcę.
Czy ominie mnie przez to moja opowieść?
Jestem młoda i nie mam marzeń.
Mam cele, nawet sporo,
ale boję się, boję, boję marzyć.
Bo tak bardzo boli zawód,
on jest jak krew z opuszków,
syczące kłucie przy najlżejszym dotyku.
Ale przecież jak się zawiodę,
to mam wstać i iść dalej.
Gdy się potknę przyspieszyć,
uśmiechnąć i pocieszyć.
Zamaskować małym podskokiem
i radośnie kontynuować.
Nie przejmować się,
tylko krzyczeć jak w piosence
nevermind.
Nigdy przecież nie ma być łatwo.
Nie tutaj, nie po to tu jestem,
żeby było mi dobrze.
A przecież jest mi TAK dobrze.

sinusoida

Życie jest sinusoidą. Miałaś rację, moja droga przyjaciółko.
Ale chwila… Czy na pewno „przyjaciółko”?
Kiedyś — oczywiście, że tak. Dzisiaj jednak miewam wątpliwości.
Czy ludzie pozostają przyjaciółmi na zawsze? Nawet jeśli powoli zatracą to charakteryzujące ich dawniej zrozumienie? Jeśli zobaczą się trzy razy w roku, zadzwonią też ze trzy i wymienią dwa listy?
Zawsze powtarzam to samo. Ponieważ życie jest sinusoidą, a ja tylko człowiekiem, który nie jest w stanie zmienić biegu wydarzeń. Ani przyszłych, ani przeszłych.
A jeżeli zostałabym takim nadczłowiekiem? Tylko troszkę nad, nie za bardzo — tak żebym dalej dotykała ziemi. Może wtedy udałoby mi się zrobić coś inaczej, niż zakładał schemat. Może rozsunęłabym zasłony, które ograniczają mi dostęp do światła, do życia!
Tak trudno zebrać rozproszone myśli, wybrać jedną z nich, pochwycić i popłynąć na jej fali. W trakcie przecież trzeba uważać, żeby nie dać się ponieść. Równomiernie oddychać, mimo zapierających dech widoków. Nieustannie odbijać się, najlepiej nie od dna.
Uważać i jednocześnie cieszyć się, że myśl ze stanu gazowego przemieniło się w ciało stałe.
I być pewnym. Tak niesamowicie pewnym. Tak pewnym jak wtedy, gdy mi powiedziano, że tylko i wyłącznie się waham.
Chociaż… Czy pewność nie odbiera realności życiu? Gdzie nasze drobne niespodzianki, nieprzewidziane spotkania, żenujące wypadki i budujące historie? Przecież one nie biorą się z pewności.
Sinusoida jest zagadkowa. Niby to schemat i wiesz co cię czeka, a i tak za każdym razem dajesz się nabrać. Nagłe zaskoczenie, jak gdyby to nie wydarzyło się już tysiące razy.
Myślę, że my po prostu nie wierzymy, w to, że życie jest sinusoidą. Testujemy ją — może dzisiaj będzie inaczej, może teraz to zrobię. Nie chcemy się z tym pogodzić, że jesteśmy tylko ludźmi. Zbyt zabieganymi by zmienić się w nadludzi.
Ja nie jestem odstępstwem od tej kategorii. Jak kiedyś Mitski, w samotności słucham rozmów ludzi na ulicy, a w przypływie radości mówię sama do siebie. I nachodzi pytanie: czy jest coś ze mną nie tak? Czy tak po prostu już ma być?
Czułam się bezpieczna. Naiwnie myślałam „idzie ci świetnie, lepiej niż innym”. Otoczona przemiłymi, czy mniej miłymi ludźmi. Ich obecność nie oznaczała jednak zażyłości, tylko osobną egzystencję.
Pod koniec dnia i tak prawie każdy z nas zostaje sam ze sobą. Nie ważne jak bardzo zagłuszaliśmy siebie przez ostatnie godziny i tak będziemy musieli myśleć. O swoich uczuciach, o ludziach, o myślach.
Aż chciałoby się myśleć o kimś innym. To jest niestety zarezerwowane dla nadludzi.
napisano: 01.VI.2024