Ciepłe słońce wpada z góry
I rozlewa się po policzku
Chłodem smagane palce
Przejmują odcień śniegu
Twarzy nie widać
Tylko głowa pochylona lekko
I szyja, która będzie boleć
I nie przestanie prędko
Ciche szmery
W pewien sposób kojące
Zajmujące teren ciszy
I nieustające
Już minęły trzy godziny
Świecą pustkami miejsca
Czy odeszli moi przyjaciele?
Wychodzą krokiem marszowym
A ja trwam tutaj nadal
Nie wiedzieć po co
Obserwuję, patrzę w dal
Powracają czasem,
Czasem nie
Z pustką w oczach
Pośród słońca lśnię
Czuję jak się zimno zakrada
A ja niczym marmur
Pomnik jeszcze niegotowy
Zamarzam powoli
Czyżby chłód był rzeźbiarzem?
Niebanalny artysta
Zaplata koronki mrozu
Na każdym drzewie i oknie
Tak, że nie czujesz jego grozy
A tymczasem szmero-cisza
I choć czas na mnie nie przyszedł
I mam go w zapasie
Kończę już, bez większych zmian.
napisano: I.2026