Granat wcale nie nocnego nieba
Wycina szczyty ze śnieżnobiałej kartki.
To istna wieża Babel, ten lodowiec.
Włosi, Polacy, Niemcy, Czesi, Polako-Włosi, Holendrzy, Austriacy, Polako-Kanadyjczycy, Australijczycy, Rosjanie, Polacy.
I jeszcze nazwany jest przecież po polsku.
Przymruża się oczy
Igiełki kłują w policzki
Płyną śnieżne łzy
Wiatr z impetem uderza w twarz
Nagły wyskok, małe trzęsienie ziemi,
Trudno wyminąć rozpędzonych ludzi
I spowolnienie, chwila oddechu,
A potem walka,
Wspinanie się pod górę resztką sił i woli.
Następnie długa podróż z powrotem, na szczyt.
Boli ręka, lewe udo, kciuk prawej stopy,
Szyja, łydki (Gombrowicz?), odcinek lędźwiowy kręgosłupa.
Scuza, grazie mille.
Avanti, avanti! Rallentare!
Chioso pericolo, prego.
I jakoś mozolny trud Syzyfa staje się zrozumiały.
Ból, prędkość, powtarzalność, zmęczenie.
Albercie, my już nie musimy wyobrażać go sobie szczęśliwym.
napisano: 28.I.2026